Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępczość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępczość. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 sierpnia 2009

wybrane zdarzenia z minionych dni i gdzie byłem dzisiaj

Drogi Czytelniku,

proszę, nie gniewaj się na mnie, za to, że zrobiłem sobie długą przerwę w snuciu karaibskiej opowieści. Jak już Cię zapewniałem, nie wypoczywam tutaj, ale poznaję ludzi, zakon i pomagam tutejszym braciom. 

Ostatnie dwa dni spędziłem na odwiedzaniu starych i chorych ludzi, służąc im spowiedzią, i udzielając innych sakramentów. Nie pamiętali nawet kiedy ostatni raz odwiedził ich ksiądz - ich ksiądz, którego obowiązkiem jest odwiedzanie chorych. Wizyty te różniły się bardzo, od tych które pamiętam z Gdańska czy Tarnobrzega. Większość ludzi, których odwiedzałem była w dobrej intelektualnej kondycji i była bardzo, bardzo stara. Nie tylko wypełniałem więc księże obowiązki, ale słuchałem wielu niewiarygodnych historii i wielkiej madrości. Odwiedziłem bowiem pana, który ma sto cztery lata, mieszka na odludziu, wszystko wokół siebie robi, wszystko pamięta i wie o wszystkim co dzieje się wokół  niego. Uczył mnie modlitw w antylskim kreolskim języku zbudowanym na bazie francuskiego (dziś, dzięki dwustuletnim wysiłkom brytyjskiej administracji, niemal całkowicie zapomnianym). Opowiadał o Trinidadzie sprzed osiemdziesięciu i więcej lat. Dzielił się anegdotami z życia sąsiadów. Odwiedziłem też panią, która we wrześniu skończy sto siedem lat! Gdy się śmiała (mówić niestety wyraźnie już nie potrafi), po przyjęciu komuni świętej, był to śmiech wolności.

Odprawiałem też msze, rozmawiałem z członkami lokalnej wspólnoty młodzieżowej, członkami wspólnoty małżeństw itd.

Ponadto trochę się denerwowałem. Bo jak tu sie nie denerwować, jeśli w parafii, w której obecnie mieszkam, a którą opiekują się dominikanie, źle się dzieje. A własciwie to jest tak... Parafia jest duża. Jej terytorium zamieszkuje około dziewięciu tysięcy katolików. Do kościoła chodzi jednak tylko około sześćuset parafian. Parafia posiada dwa kościoły i dwie plebanie. Ojciec proboszcz mieszka przy kościele - matce, w pobliżu którego jednak mieszka mało katolików. Odprawia jedną lub, w niedzielę, dwie msze dziennie. Zatrudnia trzy sekretarki. Nie odwiedza chorych, nie zajmuje się młodymi, nie prowadzi pozamszlanych nabożeństw. Spędza cały czas w parafialnym biurze z sekretarkami, które przygotowują dla niego co chwilę kawę lub herbatę. Podobnie i osoby odpowiedzialne za wakacyjne zajęcia dla dzieci, ba, sama młodzież, nic innego nie robią, jak tylko parzą herbatę dla swego duszpastarza. I powtarza, że jest strasznie zagoniony i pracą zmęczony, i że my w Polce mamy klawe życie. Wszystko to sprawia wrażenie życia księżowskim rozumieniem nauk Chrystusa Pana - nie przyszedłem, aby służyć, lecz aby mi służono. Strasznie mnie to denerwuje, bo gdyby tak przeżył niedzielę polskiego księdza pracującego w parafii o podobnej wielkości ... chyba by jej nie przeżył. Gdy owego ojca zapytałem, co w jego opinii jest przyczyną częstego odchodzenia katolików do wspólnot pentakostalnych lub zaniedbywania przez nich praktyk religijnych, nie potrafił odpowiedzieć. Tłumaczył, że lokalny synod bada tę sprawę (od pięciu lat nie potrafi udzielić oczywistych odpowiedzi na to proste pytanie!).

Opisałem tę smutną sytuację bo jest symptomatyczna. Niestety, duża cześć tutejszego duchowieństwa właśnie tak myśli i postepuje. Mimo, że księży jest tu tak niewiele.

Napiszę teraz o innej sytuacji, która mnie zdenerwowała, a pokazuje wiele. Pisałem już Wam bowiem o tym, jak wyraźnie przestepczość na Trinidadzie wymkneła sie spod kontroli. Ile jest brutalnych napadów i morderstw oraz jak bardzo niepokoi to ludzi. Zdawałem relację z tego, jak czesto ludzie skarżyli się na korpupcję, samowolę budowlaną, niszczenie przyrody, powszechne nieposzanowanie prawa.

W niedzielę wieczorem wracałem z o. D z wycieczki po wschodnim wybrzeżu wyspy. Utknęliśmy w korku gdzies w lesie przed miejscowością, która nazywa się Valencia. Czy myślicie, że nasi współtowarzysze niedoli znosili ją cierpiliwe? Nie, wbrew zdrowemu rozsądkowi próbowali ominąć korek jadąc do jego centrum poboczmi i pasem przeciwnego ruchu. Z drogi dwupasmowej wkrótce zrobiła się droga pięcio ... wielopasmowa. Przewidywalnym skutkiem takiego zachowania było to, że po krótkim czasie z samochodów utworzył się węzeł gordyjski (wielu kierowców bynajmniej nie marnowało czasu na bierne czekanie na poprawę losu; wyciągali ostałe po piknikach piwo i inne alkohole i zawiązywali przyjaźnie ... po chwili wsiadali za kierownicę, ruszali by ujechac kilka metrów i ...) Godzina spędzona wsród takiego zamętu nie była najprzyjemniejszą w moim życiu. Dojechaliśmy do Valencji. W Valencji znajdowało się źródło i epicentrum całego tego zamiesznia. Bezpośrednie i pośrednie. Owa obstrukcja komunikacyjna (wyrażenie z historii filozofii nowożytnej) nie była spowodowana kontrolą policyjną lub wypadkiem. Po prostu w centrum Valencji ludzie zatrzymywali się na poboczach i jezdni, aby pogadać ze znajomymi i napić się na koniec weekendu (nazywa się to liming; nazwa pochodzi od przezwiska angielskich marynarzy, którzy w obfitości spożywali cytryny, aby uchronić się przed szkorbutem, a którzy łazikowali, popijali, bawili się i rozrabiali, bo przecież szczęśliwie dotarli do portu). Wszystko to działo się w odległości dwudziestu metrów od dużego, regionalnego posterunku policji. Jak się domyślacie, nikt, a już zwłaszcza żaden policjant, nic nie zrobił, aby sytuację poprawić.

Przy okazji było kilka wypadków. Trzy osoby zginęły tego wieczoru na drogach Trinidadu. Poniedziałkowa prasa pełna była skarg brak bezpieczeństwa na drogach, postępowanie kierowców, waskie drogi. Problemem jest jednak to, że dzieje się tak na Trinidadzie co tydzień. Wszyscy narzekają, ale nikt nic nie robi, zwłaszcza tego, co powinien.

Opisałem tę sytuację, aby Wam pokazać jak brak poszanowania prawa (nawet drobnych jego cześci) prowadzi do obniżenia standardu życia, rozkładu tkanki społecznej i jest zachętą do popełniania coraz to powazniejszych przestępstw. Brak poszanowania prawa na Trinidadzie jest powszechny, przestępczość, jak pokazują ostatnie badania także. Zadaję sobie pytanie, co jest źródłem takiej spolecznej abnegacji? I jak trinibagodianie zastanawiam się dokąd to ten kraj zaprowadzi? I co stanie się, gdy skończy się w nim ropa i gaz?

Ale dość na dzień swoich smutków. W poniedziałek rozmawaiłem z o. F., lokalnym przełożonym, o sprawach finansowych, które jednak zostawię dla siebie i moich przełożonych. Dzisiaj byłem na długiej wyprawie północnym wybrzeżem. Spróbuję teraz pokazać Wam kilka ładnych i pogodnych obrazków. Nie wiem, czy mi sie to uda, bo połączenie z interentem dziwnie się zachowuje.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Nastał poniedziałek ... w tym miejscu urwała się nasza opowieść. Zgodnie z przygotowanym dla mnie miesięcznym planem objazdu wszystkich tutejszych klasztorów, przeprowadziłem się do klasztoru St Finbarna w Diego Martin. Sporo o nim mówią zdjęcia, które wypełniają ostatniego posta. Jest to duży kompleks budynków, na który składaja się największy kościół na Karaibach (porównywalny z dominikańskim kościołem na Służewie), Centrum św. Dominika, drugi co do wielkości klasztor (czysty, zadbany i w dużej części klimatyzowany - Dzięki Bogu!) i odpowiedno rozległy parking. Całość jest ogrodzona płotem pod napięciem. Pierwszy raz w życiu mieszkam w klasztorze otoczonym elektrycznym płotem z całodobowym stanowiskiem ochrony. Ba, czegoś takiego nie potrafiłbym sobie wyobrazić. I dlatego jednym z pierwszych pytań, które zadałem mieszkańcom klasztoru, było: jaki jest sens otaczania kościoła płotem pod napięciem, jaki komunikat e ten sposób przekazujemy ludziom? Odpowiadając na te pytania, ojciec T., Irlandczyk, były przeor regionalny i proboszcz parafii św. Finbarna wytłumaczył mi, że próbował wszelkich sposobów ocalenia klasztoru przed włamaniami, jednak dopiero elektryczny płot powstrzymał rabusiów. A Diego Martin, miasto, w którym się znajdujemy, jest straszliwie podzielone. Leży wśród wzgórz i dotyka morza, a także sąsiaduje ze stolicą: Port of Spain. Dlatego jest zamieszkałe przez bardzo bogatych mieszkańców doliny (tu nie unikniemy terminów rasistowskich), którzy są pochodzenia hinduskiego, azjatyckiego, lub po prostu są biali oraz przez bardzo biednych mieszkańców wzgórz, w większości czarnych, którzy z różnych powodów nie mają pracy, a w większości są przekonani o moralnej słuszności okradania bogatszych sąsiadów (nawet parafii, gdzie otrzymują jedzenie, darmowe porady lekarskie i prawnicze itd.).

 Przeniosłem sie więc do dobrze chronionego (mimo wszystko wewnętrznie oburzam się na sposób tej ochrony, który przekazuje jednoznaczny komunikat: O Mieszkńcy Wzgórz boimy się was, korzystajcie z naszej pomocy, ale zbytnio się nie narzucajcie) i komfortowego klasztoru. Oczywiście stanowią go przede wszystkim ludzie: wspomniany ojciec T., 61, Irlandczyk, były lokalny przełożony i poroboszcz, ojciec P., 80, Irlandczyk, na emeryturze od dwóch lat, ale ciągle pracuje (odprawia pogrzeby, odwiedza miniszki) oraz ojciec M., 70, także Irlandczyk, którego nie spotkałem, bo jest na wakacjach w Irlandii. Ojcowie T. i P. są niesamowici (bynajmniej nie dlatego, że otoczyli kościelną posesję drutem elektrycznym). Opiekują się największą parafią na Trinidadzie. Mimo swego zaawansowanego wieku, wprowadzają w życie nowe pomysły duszpasterskie: całodobowa adoracja, ambulatorium, poradnia prawnicza, odwiedzanie parafian w domach, różne grupy modlitewne, ksiegarnia, centrum katechetyczne dla dorosłych (dopiero rozpoczyna swoją działalność), współpraca z parafianami, którzy są zaangażowani w różne ciała doradcze i grupy zajmujące się  wielorakimi aspektami działania parafii. Przede wszystkim zaś są bardzo pogodni  i majądominikańskie poczucie humoru - życzliwe, choć złośliwe. No i są konkretni, dobrze rozmawiało mi się o możliwościach współpracy.

Już w poniedziałek wieczorem brałem udział w jednej z rad parafialnych, która jest odpowiedzialna za realizację postanowień lokalnego synodu. Synod zaś zlecił parafiom w tym roku przemyślenie pytania: co znaczy, że jestem katolikiem? Rozmowa dotyczyła tego pozornie łatwego pytania i sposobów w jakie można zadać je wszystkim parafianom, tak aby uzyskać odpowiedź. Była bardzo ciekawa.

We wtorek odprawiałem mszę o dziewiątej rano w naszym dużym kościele. Gdy wszedłem do kościoła zaskoczyła mnie liczba wiernych - dużo większa niż w większości polskich kościołów w dni powszednie i to, że spora kolejka ludzi ustawiła się przy krześle o. T., który spowiadał. Piętnaście minut przed rozpoczeciem mszy podszedł do mnie ojciec T. i powiedział, że mają tu zwyczaj mówić codziennie krótkie kazanie, czy i ja mógłbym coś takiego zrobić. Odpowiedziałem, że nie ma mowy, bo nic nie przygotowałem.  Ewangelia była o Jezusie kroczącym po jeziorze w strone zalęknionych uczniów. Gdy podchodziłem do ołtarza, uświadomiłem sobie, jakie kazanie można powiedzieć do tej ewangelii ... i spróbowałem. Pierwszy raz w życiu powiedziałem kazanie po angielsku i to z marszu. Po mszy wysłuchałem jeszcze dwóch spowiedzi i wychodząc z kościoła natknąłem sie na czekającą tam na mnie grupkę wiernych. Oprócz oczywistych w takiej sytuacji kurtuazji rozmawialiśmy o kazaniu, które bardzo się spodobało, i zrodziło trochę pytań. Wywnioskowałem z tego, że ludzie je zrozumieli, co mnie ucieszyło.

Przy okazji pisania o kazaniach wspomnę o małych śmiesznostkach. Msze odprawiam teraz codziennie jako główny celebrans. Codziennie też mówię kazania. Po mszy, gdy ludzie do mnie podchodzą często rozpoczynają rozmowę od słów: jakże cudowny włoski, niemiecki, irlandzki akcent Ojciec posiada, taki miękki francuski. Śmieszy mnie to bardzo, bo jeszcze nie spotkałem dwóch osób rozpoznających w mojej mowie ten sam akcent. Raz pewna pani rozpoczęła ze mną rozmowę po hiszpańsku, bo myślała, że meksykaninem! Jak dziwnie musi brzmieć angielski w moich ustach. Choć muszę przyznać, że sporo osób skarżyło się na moja polską wymowę, ponoć równie egzotyczną.

Drugą śmiesznostką, ale taką poważniejszą, jest spostrzeżenie, że bardzo dobrze robi kaznodziei mówienie homilii w obcym języku. Są one wtedy zwarte, skoncentrowane na najważniejszej sprawie, krótkie i mówione prostym językiem. Szkoła kaznodziejów.

Po mszy pojechaliśmy z o. T. podstawionym dla nas luksusowym mercedesem do domu naszego parafianina pana Solo, aby poświęcić jego nowy, trzypiętrowy jacht. Pan Solo, pachodzenia hinduskiego, jest przemysłowcem produkującym znane w całym basenie Morza Karaibskiego napoje Solo, mieszka nad samym morzem, posiada liczną rodzinę i liczne motorówki (także sportowe, jak odrzutowce). Jest zaangażowany w różne wspólnoty parafialne i pomaga wielu ludziom. Poświęciliśmy więc jego nowy nabytek: Miss Solo II, która będzie nosiła liczną i już wielopokoleniową rodzine pana Solo po karaibskich wodach. Oby pan Solo trzymał się z dala od wszelakich piratów, a Gwiazda Morza miała go w swojej opiece!

We środę rozmawialiśmy z T. i P. o naszej możliwej wspólpracy, zwłaszcza o dominikańskim centrum studiów, które chcą uruchomić. Otrzymałem też akta ostatniej kapituły wikariatu. Kształtują się więc w mojej głowie perspektywy naszej możliwej współpracy i pytania, na które będziemy musieli znaleźć wspólną odpowiedź.

Wieczorem brałem udział w spotkaniu poświęconym utworzeniu studium, o którym już pisałem. Dzisiaj jest to nawet nie mglista, ale wręcz mgławicowa inicjatywa. Uczestniczyłem też w spotkaniu rady do spraw komunikacji w parafii. Strasznie dużo dowiedziałem się na tych spotkaniach. O tutejszych ludziach i ich problemach. Jest to oczywiście wiedza nie zweryfikowana jakimikolwiek metodami naukowymi, ale wyłącznie moje obserwacje oparte na dotychczasowym doświadczeniu. Zasadnicze tezy spróbuję  sformuować w następujących punktach:

1. Ludzie na TiT. są bardzo zaangażowani w życie Kościoła. Nie ze snobizmu, czy przyzwyczajenia, ale z pragnienia Boga. Dlatego, jeśli stworzyć im przestrzeń modlitwy, zdobywania wiedzy religijnej, odpowiedzialności za parafię, z radością weń wejdą i się zaangażują. Na wielu budynkach, czesto dosłownie co krok, są szyldy informujące, o tym że mieści się w nich taki a taki kościół, centrum duchowości itp. Mieszkańcy TiT. są więc bardzo religijni, a Kościół Katolicki z różnych powodów traci wiernych w szybkim tempie, lub nie dociera do wielu środowisk.

2. Katecheza na TiT. jest bardzo źle przeprowadzana. Katechiści i osoby zaangażowane w życie parafii mają fundalmentalne braki w wiedzy religijnej, do czego sami się przyznają, mobilizując ojców do uruchomienia studium lub katechez dla dorosłych.

3. Dobrym pomysłem jest działanie parafii jako zespołu rad i wspólnot. W życie parafii św. Finabarna jest w ten sposób zaangażowanych wiele osób, które zwyczajnie pozostawałyby anonimowe. I tak na przykład parafianie zawodowi informatycy opiekują się parafialną stroną internetową i biora udział w naradach, jak zbudowac parafialny serwis społecznościowy itp. 

4. Ludzie na TiT. bardzo się boją. Codziennie są tu popełniane coraz brutalniejsze morderstwa i napady. Przestepstwa nie są popełniane jedynie w półświatku handlarzy narkotyków. W gazetach i rozmowach przewija się lęk o przyszłość Trinidadu: czy przetrwa jako państwo, czy władze kontrolują co sie dzieje w kraju, czy nie tli się już zarzewie rewolucji itd.

Czwartek opiszę natępnym razem, wtedy też podzielę się kolejnymi obserwacjami.