Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diego Martin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diego Martin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 kwietnia 2010

na dzisiaj tyle

Tymi zdjęciami zaglądamy za klauzurę. A nawet do mojej celi. Tak to wygląda. Serdeczności.



kolejne zdjęcia

Poniższe zdjęcia przedstawiają obiekty określone w poprzednim poście. Ale to nie koniec.


gdzie mieszkam

Oto gdzie mieszkam i pracuję (między innymi) Zdjecia te przedstawiają Centrum Dominikańskie, klasztor i wnętrze kościoła św. Finbar'na w Diego Martin.



wtorek, 23 marca 2010

teściowe

Czasami mówimy, że ksiądz został poślubiony Kościołowi. Jest to znacznie więcej niż metafora. Wszakże celebrując eucharystię kapłan działa in persona Christi. Inne jego działania także są rozumiane jako działanie Chrystusa wobec Jego Oblubienicy - Kościoła.
Czasami żartujemy sobie z teściowych. Wcale nierzadkie są sytuacje, gdy są one osobami postępującymi jak postacie z niewybrednych i pełnych żalu anegdot.
Z pewnością miłą strona bycia księdzem, a więc poślubienia Kościoła jest, że nie ma się teściowej, zwłaszcza takiej archetypicznej. Tak mi się wydawało do tej pory.
Teraz jestem przekonany, że mam mniej więcej cztery teściowe. Są to mniej więcej cztery posunięte w latach panie, które teoretycznie nam (dominikanom w Diego Martin) pomagają, a w praktyce rządzą. Dbają o finanse, robią zakupy, administrują na różnych poziomach, koordynują prace parafii. Ile to razy prosiłem o zakup sera, który lubię, i za każdym razem słyszałem różne wymówki z pouczeniami o zdrowym odżywianiu się; rady, jak ustawić biurko w pokoju; co jest mi potrzebne, a co nie; że wcale nie potrzebuje głowicy prysznica z wężem; że nie powinienem sobie robić prania ani sprzątać, bo zrobi to inna pani - niżej stojąca w tej kobiecej hierarchii; że nie mogę zwołać ogólnego zebrania, najpierw muszę się spotkać z wyselekcjonowaną grupą osób itd. Codziennie. Wtrącanie się we wszystko, zamiast pomocy, porady z pogróżkami. Okropne.
Tak więc wydaje się że wpadłem z deszczu pod rynnę. Po latach wolnosci, nagle mam tesciową i to grupową, wielogłową. Co zrobić z takimi teściowymi? Jak zwyczajnie poślubieni panowie dają sobie z nimi radę?

czwartek, 11 marca 2010

pożar





Oto ilustracja dzisiejszego wieczoru. Pod znakiem ognia.

pogaduszki

Obiady zaczynamy o godzinie dwunastej trzydzieści. Kończymy zazwyczaj o czternastej, często przed pietnastą. W tym czasie głównie prowadzimy pogaduszki. Irlandczycy kochają śpiewać i rozmawiać. Taka jest powszechna opinia. Jest ona prawdziwa. Kiedy zasiadamy do stołu zaczyna się. Opowieść za opowieścią. Historie przeżyte i zasłyszane z drugiej ręki. Żarty, opowieści z morałem, o tym co wydarzyło się rano, albo pięćdziesiąt lat temu. W jakiś sposób ze sobą powiązane. Takie pogaduszki. Strasznie je lubię. Uważam że są piękne. Piękne w swojej prostej i zwartej konstrukcji przypowiastki. Piękne, bo są owocem i wyrazem wysokiej kultury. Kultury słowa, mówionego słowa, trochę mitycznego.
Kiedy widzę na twarzach braci przyjemność nawet nie tyle z mówienia, ale przede wszystkim ze słuchania opowieści; I to, że w ich wyobraźni i pamięci staja się one żywe lub prawdziwe, ciesze się głęboko. I choć boli mnie kręgosłup od długiego siedzenia, słucham lub też dołączam jakąś historię prawdziwą, prawdziwą tylko trochę, w której uczestniczyłem, albo którą usłyszałem, albo ad hoc wymyśliłem.
Czasami kończymy obiad dwukrotnie. Nie pamiętamy, że przecież już go zakończyliśmy. i tak siedzimy dalej, bo ktoś chce coś dopowiedzieć, coś sobie przypomniał, a to było tak i tak.

ps. Pożar na wzgórzu trwa.

pożar

Trwa pożar. Dosłownie. Od kilku godzin pali się busz, który porasta wzgórze, u stóp którego mieszkam. Ogień schodzi flanką, jeśli można użyć takich militarnych porównań, o długości stu metrów. Teraz znajduje się w odległości dwustu, stu pięćdziesięciu metrów od klasztoru. Niewiele da się z tym zrobić, trzeba poczekać aż ogień wygaśnie. Można mieć nadzieję, że nie zejdzie tak nisko, że płonące drzewa wywrócą się na klasztor. Zbocze jest strome, tutejsza straż nie ma odpowiednich sprzętu i chęci, więc trzeba czekać.
Zresztą podobne pożary są tutaj co roku. Ta część Trynidadu jest bowiem porośnięta roślinnością zwrotnikową, buszem bardziej niż lasem tropikalnym. Trwa trzeci miesiąc pory suchej. Od połowy grudnia nie spadła ani jedna kropla deszczu. Temperatury rzędu trzydziestu siedmiu stopni wysuszyły powietrze, rośliny i kamienie (chciałbym napisać ,że nawet wodę). Pożarów jest więc sporo.
Także dzisiaj na tym samym wzgórzu, tylko trochę dalej pożar był dużo większy. Spaliły się dwa, lub trzy domy. Teraz wszystko dogasa. Widok jest przerażający, apokaliptyczny. Ciemno, unoszące się kłęby dymu, płonące drzewa i dopalające się, rozproszone ogniska na obszarze mniej więcej kilometra kwadratowego.
I cisza. Nikt nie ucieka - tak jest co roku. Nikt nie próbuje gasić, bo nie wiadomo jak.
Pożar jest już jakieś sto dwadzieścia metrów od klasztoru.
Nic poza tym się nie dzieje.
A ja i tak nie będę miał dziś spokojnej nocy.

środa, 3 marca 2010

pierwsze wrażenia

W pierwszym tygodniu mojego pobytu na Trynidadzie niewiele zrobiłem pierwszych kroków. Tutejsi bracia i ludzie, którzy im pomagają troszczą się o moje bezpieczeństwo i nie pozwalają mi wałęsać się po okolicy. Zawożą mnie gdzie trzeba i przywożą skąd trzeba. A, że mieszkam w klasztorze, który jest otoczony podwójnym płotem pod napięciem, czuje się z tym nieswojo. Zresztą przyznaje się, że gorąco zniechęca mnie do fizycznej aktywności.
Hydraulik naprawił mi prysznic, stolarz przygotowuje szafę, duże biuro właśnie jest instalowane w celi, internet dzisiaj został podłączony - w szybkim tempie osiedlam się tutaj. W sobotę otrzymam moskitierę. Z nią jest związana zaskakująca skądinąd historia. Otóż na Trynidadzie, zwłaszcza w porze deszczowej jest dużo sprytnych i agresywnych komarów. One zaś nie tylko gryzą (w końcu każdy musi coś jeść, ale czasami - rzadko na szczęście - roznoszą wirusy dengi i malarię). Najlepszym sposobem obrony przed nimi jest ponoć używanie klimatyzacji oraz połykanie co jakiś czas ząbków czosnku (jak wiemy działa to na także krwiopijcze wampiry). Ja zaś boleśnie przekonałem się, że to nie wystarczy. Dlatego poprosiłem o moskitierę. Okazało się, że bardzo trudno ją kupić. Ni sposób znaleźć jej w na sklepowych półkach, bo tylko obcokrajowcy jej/ją używają. Zaskakujące. A ja swoja i tak dostanę.
Najważniejsze, że zacząłem podejmować obowiązki. Codziennie jeszcze w nocy, bo o 4.40, wstaję i jadę do kościoła, którym się opiekuję. Tam słucham spowiedzi, odprawiam mszę, odmawiam z mniszkami jutrznię, jem śniadanie i wracam do klasztoru. Będę też pomagał siostrom w prowadzeniu rekolekcji dla młodzieży.
Rozpocząłem też posługiwanie siostrom karmelitankom i ich pensjonariuszom. Mieszkają niedaleko nas, prowadzą dom, dla umysłowo chorych i duże hospicjum.
A za tydzień planuje rozpocząć organizowanie Dominikańskiego Centrum Formacji - szkoły wiary, kursów itp dla dorosłych.
W najbliższym czasie napiszę Wam o różnych wymiarach ciepła, rasizmie, pochwalę polską służbę zdrowia i opowiem kilka innych historii.
Tymczasem.

sobota, 27 lutego 2010

smok



Co oznaczają te zdjęcia? Że odwiedziłem zoo? Nie, oczywiście, że nie. Powróciłem na Trynidad. A ten, między innymi, smok mieszka pod moją celą (jest to iguana zielona, ponoć bardzo smaczna). W kolejnych postach, najprawdopodobniej w najbliższym czasie, opowiem Wam - choć pamiętam, że czytać nie lubicie - o mojej podróży na Trynidad (nerwowej), pierwszych chwilach w tym kraju i planach na przyszłość.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Nastał poniedziałek ... w tym miejscu urwała się nasza opowieść. Zgodnie z przygotowanym dla mnie miesięcznym planem objazdu wszystkich tutejszych klasztorów, przeprowadziłem się do klasztoru St Finbarna w Diego Martin. Sporo o nim mówią zdjęcia, które wypełniają ostatniego posta. Jest to duży kompleks budynków, na który składaja się największy kościół na Karaibach (porównywalny z dominikańskim kościołem na Służewie), Centrum św. Dominika, drugi co do wielkości klasztor (czysty, zadbany i w dużej części klimatyzowany - Dzięki Bogu!) i odpowiedno rozległy parking. Całość jest ogrodzona płotem pod napięciem. Pierwszy raz w życiu mieszkam w klasztorze otoczonym elektrycznym płotem z całodobowym stanowiskiem ochrony. Ba, czegoś takiego nie potrafiłbym sobie wyobrazić. I dlatego jednym z pierwszych pytań, które zadałem mieszkańcom klasztoru, było: jaki jest sens otaczania kościoła płotem pod napięciem, jaki komunikat e ten sposób przekazujemy ludziom? Odpowiadając na te pytania, ojciec T., Irlandczyk, były przeor regionalny i proboszcz parafii św. Finbarna wytłumaczył mi, że próbował wszelkich sposobów ocalenia klasztoru przed włamaniami, jednak dopiero elektryczny płot powstrzymał rabusiów. A Diego Martin, miasto, w którym się znajdujemy, jest straszliwie podzielone. Leży wśród wzgórz i dotyka morza, a także sąsiaduje ze stolicą: Port of Spain. Dlatego jest zamieszkałe przez bardzo bogatych mieszkańców doliny (tu nie unikniemy terminów rasistowskich), którzy są pochodzenia hinduskiego, azjatyckiego, lub po prostu są biali oraz przez bardzo biednych mieszkańców wzgórz, w większości czarnych, którzy z różnych powodów nie mają pracy, a w większości są przekonani o moralnej słuszności okradania bogatszych sąsiadów (nawet parafii, gdzie otrzymują jedzenie, darmowe porady lekarskie i prawnicze itd.).

 Przeniosłem sie więc do dobrze chronionego (mimo wszystko wewnętrznie oburzam się na sposób tej ochrony, który przekazuje jednoznaczny komunikat: O Mieszkńcy Wzgórz boimy się was, korzystajcie z naszej pomocy, ale zbytnio się nie narzucajcie) i komfortowego klasztoru. Oczywiście stanowią go przede wszystkim ludzie: wspomniany ojciec T., 61, Irlandczyk, były lokalny przełożony i poroboszcz, ojciec P., 80, Irlandczyk, na emeryturze od dwóch lat, ale ciągle pracuje (odprawia pogrzeby, odwiedza miniszki) oraz ojciec M., 70, także Irlandczyk, którego nie spotkałem, bo jest na wakacjach w Irlandii. Ojcowie T. i P. są niesamowici (bynajmniej nie dlatego, że otoczyli kościelną posesję drutem elektrycznym). Opiekują się największą parafią na Trinidadzie. Mimo swego zaawansowanego wieku, wprowadzają w życie nowe pomysły duszpasterskie: całodobowa adoracja, ambulatorium, poradnia prawnicza, odwiedzanie parafian w domach, różne grupy modlitewne, ksiegarnia, centrum katechetyczne dla dorosłych (dopiero rozpoczyna swoją działalność), współpraca z parafianami, którzy są zaangażowani w różne ciała doradcze i grupy zajmujące się  wielorakimi aspektami działania parafii. Przede wszystkim zaś są bardzo pogodni  i majądominikańskie poczucie humoru - życzliwe, choć złośliwe. No i są konkretni, dobrze rozmawiało mi się o możliwościach współpracy.

Już w poniedziałek wieczorem brałem udział w jednej z rad parafialnych, która jest odpowiedzialna za realizację postanowień lokalnego synodu. Synod zaś zlecił parafiom w tym roku przemyślenie pytania: co znaczy, że jestem katolikiem? Rozmowa dotyczyła tego pozornie łatwego pytania i sposobów w jakie można zadać je wszystkim parafianom, tak aby uzyskać odpowiedź. Była bardzo ciekawa.

We wtorek odprawiałem mszę o dziewiątej rano w naszym dużym kościele. Gdy wszedłem do kościoła zaskoczyła mnie liczba wiernych - dużo większa niż w większości polskich kościołów w dni powszednie i to, że spora kolejka ludzi ustawiła się przy krześle o. T., który spowiadał. Piętnaście minut przed rozpoczeciem mszy podszedł do mnie ojciec T. i powiedział, że mają tu zwyczaj mówić codziennie krótkie kazanie, czy i ja mógłbym coś takiego zrobić. Odpowiedziałem, że nie ma mowy, bo nic nie przygotowałem.  Ewangelia była o Jezusie kroczącym po jeziorze w strone zalęknionych uczniów. Gdy podchodziłem do ołtarza, uświadomiłem sobie, jakie kazanie można powiedzieć do tej ewangelii ... i spróbowałem. Pierwszy raz w życiu powiedziałem kazanie po angielsku i to z marszu. Po mszy wysłuchałem jeszcze dwóch spowiedzi i wychodząc z kościoła natknąłem sie na czekającą tam na mnie grupkę wiernych. Oprócz oczywistych w takiej sytuacji kurtuazji rozmawialiśmy o kazaniu, które bardzo się spodobało, i zrodziło trochę pytań. Wywnioskowałem z tego, że ludzie je zrozumieli, co mnie ucieszyło.

Przy okazji pisania o kazaniach wspomnę o małych śmiesznostkach. Msze odprawiam teraz codziennie jako główny celebrans. Codziennie też mówię kazania. Po mszy, gdy ludzie do mnie podchodzą często rozpoczynają rozmowę od słów: jakże cudowny włoski, niemiecki, irlandzki akcent Ojciec posiada, taki miękki francuski. Śmieszy mnie to bardzo, bo jeszcze nie spotkałem dwóch osób rozpoznających w mojej mowie ten sam akcent. Raz pewna pani rozpoczęła ze mną rozmowę po hiszpańsku, bo myślała, że meksykaninem! Jak dziwnie musi brzmieć angielski w moich ustach. Choć muszę przyznać, że sporo osób skarżyło się na moja polską wymowę, ponoć równie egzotyczną.

Drugą śmiesznostką, ale taką poważniejszą, jest spostrzeżenie, że bardzo dobrze robi kaznodziei mówienie homilii w obcym języku. Są one wtedy zwarte, skoncentrowane na najważniejszej sprawie, krótkie i mówione prostym językiem. Szkoła kaznodziejów.

Po mszy pojechaliśmy z o. T. podstawionym dla nas luksusowym mercedesem do domu naszego parafianina pana Solo, aby poświęcić jego nowy, trzypiętrowy jacht. Pan Solo, pachodzenia hinduskiego, jest przemysłowcem produkującym znane w całym basenie Morza Karaibskiego napoje Solo, mieszka nad samym morzem, posiada liczną rodzinę i liczne motorówki (także sportowe, jak odrzutowce). Jest zaangażowany w różne wspólnoty parafialne i pomaga wielu ludziom. Poświęciliśmy więc jego nowy nabytek: Miss Solo II, która będzie nosiła liczną i już wielopokoleniową rodzine pana Solo po karaibskich wodach. Oby pan Solo trzymał się z dala od wszelakich piratów, a Gwiazda Morza miała go w swojej opiece!

We środę rozmawialiśmy z T. i P. o naszej możliwej wspólpracy, zwłaszcza o dominikańskim centrum studiów, które chcą uruchomić. Otrzymałem też akta ostatniej kapituły wikariatu. Kształtują się więc w mojej głowie perspektywy naszej możliwej współpracy i pytania, na które będziemy musieli znaleźć wspólną odpowiedź.

Wieczorem brałem udział w spotkaniu poświęconym utworzeniu studium, o którym już pisałem. Dzisiaj jest to nawet nie mglista, ale wręcz mgławicowa inicjatywa. Uczestniczyłem też w spotkaniu rady do spraw komunikacji w parafii. Strasznie dużo dowiedziałem się na tych spotkaniach. O tutejszych ludziach i ich problemach. Jest to oczywiście wiedza nie zweryfikowana jakimikolwiek metodami naukowymi, ale wyłącznie moje obserwacje oparte na dotychczasowym doświadczeniu. Zasadnicze tezy spróbuję  sformuować w następujących punktach:

1. Ludzie na TiT. są bardzo zaangażowani w życie Kościoła. Nie ze snobizmu, czy przyzwyczajenia, ale z pragnienia Boga. Dlatego, jeśli stworzyć im przestrzeń modlitwy, zdobywania wiedzy religijnej, odpowiedzialności za parafię, z radością weń wejdą i się zaangażują. Na wielu budynkach, czesto dosłownie co krok, są szyldy informujące, o tym że mieści się w nich taki a taki kościół, centrum duchowości itp. Mieszkańcy TiT. są więc bardzo religijni, a Kościół Katolicki z różnych powodów traci wiernych w szybkim tempie, lub nie dociera do wielu środowisk.

2. Katecheza na TiT. jest bardzo źle przeprowadzana. Katechiści i osoby zaangażowane w życie parafii mają fundalmentalne braki w wiedzy religijnej, do czego sami się przyznają, mobilizując ojców do uruchomienia studium lub katechez dla dorosłych.

3. Dobrym pomysłem jest działanie parafii jako zespołu rad i wspólnot. W życie parafii św. Finabarna jest w ten sposób zaangażowanych wiele osób, które zwyczajnie pozostawałyby anonimowe. I tak na przykład parafianie zawodowi informatycy opiekują się parafialną stroną internetową i biora udział w naradach, jak zbudowac parafialny serwis społecznościowy itp. 

4. Ludzie na TiT. bardzo się boją. Codziennie są tu popełniane coraz brutalniejsze morderstwa i napady. Przestepstwa nie są popełniane jedynie w półświatku handlarzy narkotyków. W gazetach i rozmowach przewija się lęk o przyszłość Trinidadu: czy przetrwa jako państwo, czy władze kontrolują co sie dzieje w kraju, czy nie tli się już zarzewie rewolucji itd.

Czwartek opiszę natępnym razem, wtedy też podzielę się kolejnymi obserwacjami. 

środa, 5 sierpnia 2009






Powyższe zdjęcia przedstawiają kościół i klasztor świetego Finbarna, w którym teraz mieszkam. Klasztor jest pełen życia: nawet w dni powszednie ludzie przychodzą do spowiedzi i na msze święte.  Jest tu kaplica nieustającej (dosłownie) adoracji, działa studium dla świeckich, ogromna księgarnia, ambulatorium dla biednych i inne instytucje. Niemniej cały teren kościelny i klasztorny jest ogrodzony wysokim płotem pod napięciem. Budzi to mieszane uczucia.

Dokładniej opiszę świętego Finbarna w następnym poście.