środa, 31 marca 2010

klepsydry

Dawno już nie pisałem. Przepraszam za to czytelników. Pewnym usprawiedliwieniem może być fakt, że nie zajmuję się tylko prowadzeniem tego bloga.
Jedną z najpiękniejszych rzeczy, na jakie natknąłem się na Trynidadzie, są klepsydry. Choć brzmi to jak tania prowokacja, jest tak, powiedziałbym, dosłownie. Nie chodzi o to, że są one jakoś specjalnie ozdobne. Chodzi o to, że bardzo często są długą listą imion.
W Polsce na klepsydrze znajdziemy informacje o pogrzebie i osiągnięciach zmarłej osoby. Na Trynidadzie znajdziemy na niej imiona dzieci, wnuków, prawnuków, kuzynów, sąsiadów, przyjaciół (często w formie: przyjaciół miał bardzo wielu). Nie jest ważne, kto ile posiada medali i tytułów, ale jaką współtworzył rodzinę, czyli jakim był człowiekiem. Uważam, że jest to bardzo piękne.
Nie przystoi, nawet dla celów kulturoznawczych, instrumentalnie traktować takich intymnych, rodzinnych ogłoszeń. Nie skopiuję więc tutaj żadnej klepsydry, ot tak dla przykładu. Aby jednak potwierdzić moją opinię pozostawię link do gazety, gdzie od czasu do czasu takie ogłoszenia się pojawiają:
http://guardian.co.tt/obituaries

wtorek, 23 marca 2010

iluzja

Postanowiłem dodać dzisiaj jeszcze jeden słodko - gorzki post. O iluzji.
Jej mistrzem, z tytułem inżyniera iluzji, jest pan hydraulik. Przychodził cztery razy, przez cztery tygodnie, aby naprawić umywalkę i prysznic w mojej celi. Spędzał w niej, za każdym razem, pół dnia. Stukał, pukał i sapał. W efekcie nic nie robił. Także za każdym razem , na odchodnym mówił mi, że wszystko jest już w porządku, trzeba tylko "delikatnie, a najlepiej nie używać". Były to dobre rady, bo gdy odkręcałem któryś z kurków, coś się odklejało, jakaś uszczelka pękała i nie mogłem powstrzymać wypływającej wody. Deszcz nie padał tutaj od połowy grudnia, wody bardzo nam brakuje. Raz spędziliśmy cztery godziny próbując zamknąć dopływ wody do całego domu.
Przyszedł piąty raz. Zrobił to, co trzeba było zrobić na początku (o co poprosiłem), a co wymagało trochę wysiłku. I na razie jest w porządku. Mniej więcej i na razie, bo pewien trudno dostępny element dalej nie został wymieniony, a mam teraz znaczną dziurę w okafelkowaniu).
Pan hydraulik, choć niewątpliwie jest mistrzem, nie jest jednak w praktykowaniu iluzji odosobniony. Innym ludziom wychodzi to całkiem dobrze. Wszyscy są strasznie zajęci, nikt nic nie robi. Pani, jedna z moich teściowych, zarządza instytucją w której nic się nie dzieje, a której utrzymanie wiele kosztuje. To zarządzanie tak ją angażuje, że trzeba wiele sprytu i cierpliwości, aby się z nią spotkać (w ramach tej ciężkiej pracy większą część dnia spędza w domu). Jest też strasznie ważna. J., pracownik klasztoru też jest zapracowany. Siedzi cały dzień pod moim oknem i godzinami głośno rozmawia z kolegami, którzy także pracują (a że dzieje się to pod moim oknem, szczególnie mnie denerwuje). Ale o zrobienie czegoś trzeba prosić go z dwudniowym wyprzedzeniem. Potem trzeba poprawić.
Marudzę, tak wiem o tym, ale muszę jakoś się wyżalić. Poza tym przykład tych trzech osób pokazuje powszechne tutaj podejście do pracy. Jest ona czymś, od czego należy się trzymać daleko. Należy natomiast sprawić wrażenie że jest się zapracowanym ... po to, aby być ważnym (tutaj nawet rozmowa z ekspedientką przypomina spotkanie z prezesem Gazpromu). Ktokolwiek, nawet za czasów komuny, narzekał na iluzoryczność pracy, niedbałość, chamstwo urzędników i innych, niech wie, że może być gorzej, znacznie gorzej. I jest to traktowane, jako coś normalnego. I wcale nie przesadzam.

teściowe

Czasami mówimy, że ksiądz został poślubiony Kościołowi. Jest to znacznie więcej niż metafora. Wszakże celebrując eucharystię kapłan działa in persona Christi. Inne jego działania także są rozumiane jako działanie Chrystusa wobec Jego Oblubienicy - Kościoła.
Czasami żartujemy sobie z teściowych. Wcale nierzadkie są sytuacje, gdy są one osobami postępującymi jak postacie z niewybrednych i pełnych żalu anegdot.
Z pewnością miłą strona bycia księdzem, a więc poślubienia Kościoła jest, że nie ma się teściowej, zwłaszcza takiej archetypicznej. Tak mi się wydawało do tej pory.
Teraz jestem przekonany, że mam mniej więcej cztery teściowe. Są to mniej więcej cztery posunięte w latach panie, które teoretycznie nam (dominikanom w Diego Martin) pomagają, a w praktyce rządzą. Dbają o finanse, robią zakupy, administrują na różnych poziomach, koordynują prace parafii. Ile to razy prosiłem o zakup sera, który lubię, i za każdym razem słyszałem różne wymówki z pouczeniami o zdrowym odżywianiu się; rady, jak ustawić biurko w pokoju; co jest mi potrzebne, a co nie; że wcale nie potrzebuje głowicy prysznica z wężem; że nie powinienem sobie robić prania ani sprzątać, bo zrobi to inna pani - niżej stojąca w tej kobiecej hierarchii; że nie mogę zwołać ogólnego zebrania, najpierw muszę się spotkać z wyselekcjonowaną grupą osób itd. Codziennie. Wtrącanie się we wszystko, zamiast pomocy, porady z pogróżkami. Okropne.
Tak więc wydaje się że wpadłem z deszczu pod rynnę. Po latach wolnosci, nagle mam tesciową i to grupową, wielogłową. Co zrobić z takimi teściowymi? Jak zwyczajnie poślubieni panowie dają sobie z nimi radę?

czwartek, 11 marca 2010

pożar





Oto ilustracja dzisiejszego wieczoru. Pod znakiem ognia.

pogaduszki

Obiady zaczynamy o godzinie dwunastej trzydzieści. Kończymy zazwyczaj o czternastej, często przed pietnastą. W tym czasie głównie prowadzimy pogaduszki. Irlandczycy kochają śpiewać i rozmawiać. Taka jest powszechna opinia. Jest ona prawdziwa. Kiedy zasiadamy do stołu zaczyna się. Opowieść za opowieścią. Historie przeżyte i zasłyszane z drugiej ręki. Żarty, opowieści z morałem, o tym co wydarzyło się rano, albo pięćdziesiąt lat temu. W jakiś sposób ze sobą powiązane. Takie pogaduszki. Strasznie je lubię. Uważam że są piękne. Piękne w swojej prostej i zwartej konstrukcji przypowiastki. Piękne, bo są owocem i wyrazem wysokiej kultury. Kultury słowa, mówionego słowa, trochę mitycznego.
Kiedy widzę na twarzach braci przyjemność nawet nie tyle z mówienia, ale przede wszystkim ze słuchania opowieści; I to, że w ich wyobraźni i pamięci staja się one żywe lub prawdziwe, ciesze się głęboko. I choć boli mnie kręgosłup od długiego siedzenia, słucham lub też dołączam jakąś historię prawdziwą, prawdziwą tylko trochę, w której uczestniczyłem, albo którą usłyszałem, albo ad hoc wymyśliłem.
Czasami kończymy obiad dwukrotnie. Nie pamiętamy, że przecież już go zakończyliśmy. i tak siedzimy dalej, bo ktoś chce coś dopowiedzieć, coś sobie przypomniał, a to było tak i tak.

ps. Pożar na wzgórzu trwa.

pożar

Trwa pożar. Dosłownie. Od kilku godzin pali się busz, który porasta wzgórze, u stóp którego mieszkam. Ogień schodzi flanką, jeśli można użyć takich militarnych porównań, o długości stu metrów. Teraz znajduje się w odległości dwustu, stu pięćdziesięciu metrów od klasztoru. Niewiele da się z tym zrobić, trzeba poczekać aż ogień wygaśnie. Można mieć nadzieję, że nie zejdzie tak nisko, że płonące drzewa wywrócą się na klasztor. Zbocze jest strome, tutejsza straż nie ma odpowiednich sprzętu i chęci, więc trzeba czekać.
Zresztą podobne pożary są tutaj co roku. Ta część Trynidadu jest bowiem porośnięta roślinnością zwrotnikową, buszem bardziej niż lasem tropikalnym. Trwa trzeci miesiąc pory suchej. Od połowy grudnia nie spadła ani jedna kropla deszczu. Temperatury rzędu trzydziestu siedmiu stopni wysuszyły powietrze, rośliny i kamienie (chciałbym napisać ,że nawet wodę). Pożarów jest więc sporo.
Także dzisiaj na tym samym wzgórzu, tylko trochę dalej pożar był dużo większy. Spaliły się dwa, lub trzy domy. Teraz wszystko dogasa. Widok jest przerażający, apokaliptyczny. Ciemno, unoszące się kłęby dymu, płonące drzewa i dopalające się, rozproszone ogniska na obszarze mniej więcej kilometra kwadratowego.
I cisza. Nikt nie ucieka - tak jest co roku. Nikt nie próbuje gasić, bo nie wiadomo jak.
Pożar jest już jakieś sto dwadzieścia metrów od klasztoru.
Nic poza tym się nie dzieje.
A ja i tak nie będę miał dziś spokojnej nocy.

środa, 3 marca 2010

pierwsze wrażenia

W pierwszym tygodniu mojego pobytu na Trynidadzie niewiele zrobiłem pierwszych kroków. Tutejsi bracia i ludzie, którzy im pomagają troszczą się o moje bezpieczeństwo i nie pozwalają mi wałęsać się po okolicy. Zawożą mnie gdzie trzeba i przywożą skąd trzeba. A, że mieszkam w klasztorze, który jest otoczony podwójnym płotem pod napięciem, czuje się z tym nieswojo. Zresztą przyznaje się, że gorąco zniechęca mnie do fizycznej aktywności.
Hydraulik naprawił mi prysznic, stolarz przygotowuje szafę, duże biuro właśnie jest instalowane w celi, internet dzisiaj został podłączony - w szybkim tempie osiedlam się tutaj. W sobotę otrzymam moskitierę. Z nią jest związana zaskakująca skądinąd historia. Otóż na Trynidadzie, zwłaszcza w porze deszczowej jest dużo sprytnych i agresywnych komarów. One zaś nie tylko gryzą (w końcu każdy musi coś jeść, ale czasami - rzadko na szczęście - roznoszą wirusy dengi i malarię). Najlepszym sposobem obrony przed nimi jest ponoć używanie klimatyzacji oraz połykanie co jakiś czas ząbków czosnku (jak wiemy działa to na także krwiopijcze wampiry). Ja zaś boleśnie przekonałem się, że to nie wystarczy. Dlatego poprosiłem o moskitierę. Okazało się, że bardzo trudno ją kupić. Ni sposób znaleźć jej w na sklepowych półkach, bo tylko obcokrajowcy jej/ją używają. Zaskakujące. A ja swoja i tak dostanę.
Najważniejsze, że zacząłem podejmować obowiązki. Codziennie jeszcze w nocy, bo o 4.40, wstaję i jadę do kościoła, którym się opiekuję. Tam słucham spowiedzi, odprawiam mszę, odmawiam z mniszkami jutrznię, jem śniadanie i wracam do klasztoru. Będę też pomagał siostrom w prowadzeniu rekolekcji dla młodzieży.
Rozpocząłem też posługiwanie siostrom karmelitankom i ich pensjonariuszom. Mieszkają niedaleko nas, prowadzą dom, dla umysłowo chorych i duże hospicjum.
A za tydzień planuje rozpocząć organizowanie Dominikańskiego Centrum Formacji - szkoły wiary, kursów itp dla dorosłych.
W najbliższym czasie napiszę Wam o różnych wymiarach ciepła, rasizmie, pochwalę polską służbę zdrowia i opowiem kilka innych historii.
Tymczasem.