Pokazywanie postów oznaczonych etykietą irlandzcy dominikanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą irlandzcy dominikanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 marca 2010

pogaduszki

Obiady zaczynamy o godzinie dwunastej trzydzieści. Kończymy zazwyczaj o czternastej, często przed pietnastą. W tym czasie głównie prowadzimy pogaduszki. Irlandczycy kochają śpiewać i rozmawiać. Taka jest powszechna opinia. Jest ona prawdziwa. Kiedy zasiadamy do stołu zaczyna się. Opowieść za opowieścią. Historie przeżyte i zasłyszane z drugiej ręki. Żarty, opowieści z morałem, o tym co wydarzyło się rano, albo pięćdziesiąt lat temu. W jakiś sposób ze sobą powiązane. Takie pogaduszki. Strasznie je lubię. Uważam że są piękne. Piękne w swojej prostej i zwartej konstrukcji przypowiastki. Piękne, bo są owocem i wyrazem wysokiej kultury. Kultury słowa, mówionego słowa, trochę mitycznego.
Kiedy widzę na twarzach braci przyjemność nawet nie tyle z mówienia, ale przede wszystkim ze słuchania opowieści; I to, że w ich wyobraźni i pamięci staja się one żywe lub prawdziwe, ciesze się głęboko. I choć boli mnie kręgosłup od długiego siedzenia, słucham lub też dołączam jakąś historię prawdziwą, prawdziwą tylko trochę, w której uczestniczyłem, albo którą usłyszałem, albo ad hoc wymyśliłem.
Czasami kończymy obiad dwukrotnie. Nie pamiętamy, że przecież już go zakończyliśmy. i tak siedzimy dalej, bo ktoś chce coś dopowiedzieć, coś sobie przypomniał, a to było tak i tak.

ps. Pożar na wzgórzu trwa.

poniedziałek, 8 lutego 2010

wspólnota Newbridge


Tym postem chciałbym Wam przedstawić wspaniałych braci z Newbridge, którzy mnie przyjęli i gościli w ostatnich miesiącach: Od lewej: o. Thomas, o. Edmund, o. Raymond, o. Stephen (przeor), o. Fergus, o. Brian.

niedziela, 7 lutego 2010

kościelnie



Zdjęcia te przedstawiają dominikański kościół w Newbridge, co. Kildare, gdzie pracowałem duszpastersko oraz braci w czasie nabożeństwa w trakcie Triduum św. Marcina de Porres.

poniedziałek, 28 września 2009

Skąd są, do licha, te zdjęcia?

Stosunkowo łatwo jest się domyslić, gdzie zostały zrobione zdjęcia, które są zamieszczone w poprzednich postach. Trudniej jest odpowiedzieć na pytanie dlaczego znajdują się na tym blogu?

Nadszedł czas aby kontynuować karaibską opowieść. Po powrocie do Polski pojechałem do Tarnobrzega, gdzie między innymi odebrałem dokumenty ze szkoły, odwiedziłem mojego lekarza i starą szkołę, przygotowałem rzeczy do przeprowadzki, a nade wszystko spotkałem się ze znajomymi. Później pojechałem do Orzecha, aby spędzić kilka dni z rodziną, ale również załatwić wypis z rejestru karnego i tłumaczenie róznych dokumentów. Jeszcze później pojechałem do Warszawy, aby sfinalizować sprawy urzędowe związane z moim wyjazdem na misje i przyjąć rzeczy z Tarnobrzega.

Gdy wszystko to się dokonało, nadszedł czas aby wyruszyć w drogę. Na razie ... do Newbridge w hrabstwie Kildare, gdzie gościnni bracia irlandzcy zgodzili sie mnie przyjąć na czas mojego oczekiwania na pozwolenie na pracę na Trinidadzie.

Oto odpowiedź na tytułowe pytanie. Zdjęcia, które zamieściłem w poprzednich postach przedstawiaja Newbridge College, gdzie teraz mieszkam. A co tu porabiam (prócz, rzecz jasna, czekania)?

Uczę się angielskiego, pracuję jako ksiądz w irlandzkiej parafii, podstudiowuję sobie w dominikańskiej biblitece w Tallaght, spaceruję i prowadzę spokojne, drobnomieszczańskie życie.

Klasztor w Newbridge jest bowiem przyklejony do szkoły. Prywatnej szkoły średniej dla około ośmiset uczniów w wieku od 12 do 19 lat, prowadzonej przez dominikanów. Należą do niego rozległe łąki, stajnie, budynki dydaktyczne, liczny personel, powiedzmy, techniczny, ośmiuset potencjalnych młodocianych przestępców. Pełen jest starych obrazów, dziewiętnastowiecznych książek, mosiężnych klamek, zdobycznych pucharów, domowych sreber, kominków na węgiel i na prąd, puszystch dywanów, foteli - słowem tego wszystkiego, co jest synonimem starej brytyjskiej szkoły prywatnej. Bardzo drobnomieszczański i bardzo wygodny.

Na koniec anegdota. Gdy w sobotę przyjechałem do Newbridge, przeor ojciec S.H. zachęcił mnie do zapoznania się z budynkiem. Bardzo to lubię, tak zaglądac do starych pokoi i na stryszki. Zazwyczaj są pełne rupieci i cudowności. Bładząc po budynku klasztoru wszedłem też do częsci dydaktycznej, szkolnej, która w sobotnie popołudnie była zupełanie bezludna. Snułem sie korytarzami i rozmyślałem o szkolnym epizodzie mojego życia. Aż zawyło i zapiszczało. Okazało się że część szkolna była może bez życia, ale pełna alarmów. A ja je wszystkie uruchomiłem. Przybiegł przeor - który własnie spożywał podwieczorek - wyłączył syreny, telefonicznie odwołał ochronę i odetchnął z ulgą. Uważajcie, jeśli zaprosicie kogoś do eksplorowania waszej posiadłości, bądź życia, może potraktować to nadwyraz dosłownie, a może was zmusić do przerwania podwieczorku.


Newbridge College,
Newbridge, co. Kildare
tel. 0353 45 48 72 00 wew. 1
www.newbridge-college.ie

środa, 12 sierpnia 2009

Historie chwalebne

Zamiast zajmować się rzeczami drugorzędnymi, jak jedzenie i podglądanie natury, w tej notce przedstawię rzeczy ważne. Spróbuję bowiem opisać historię trinidadzkich dominikanów; nie tę odległą, ale tę, którą pamiętają członkowie tutejszej wspólnoty. Nawet jeśli nie wszystko było tak, jak teraz to przedstawię (a jak mi zostało opowiedziane), i tak będzie to chwalebna historia.

W połowie dwudziestego wieku arcybiskupem Port of Spain był irlandzki dominikanin. Był to czas, gdy irlandzcy dominikanie służyli w niemal wszystkich trinidadzkich parafiach i stanowili niemal całość działającego na tym terenie duchowieństwa. Ośmieliłem się napisać, że służyli, bowiem w tym czasie Trinidad był bardzo biedny i dziki. Praca na nim była wyrzeczeniem (wtedy nie było klimatyzacji, samochodów i innych udogodnień). A oni tłumnie przypływali z bezpiecznej i dość komfortowej Irlandii, by tu żyć i pracować i często umierać. 

W połowie dwudzistego wieku podjęli kilka decyzji, które imponują mi swoją szlachetnością. Otóż, gdy zdali sobie sprawę, że bycie niewolnikiem, to brak wykształcenia i zniewolenie umysłu, w każdej parafii ufundowali i zaczęli prowadzić szkoły, których było i jest setki. Siły i pieniądze, które poświęcili na ten cel były ogromne. Dziś większość szkół na Trinidadzie to szkoły katolickie, które cieszą się uznaniem. Madrość i odwaga decyzji poświęcenia wszystkich środków na wychowywanie i edukowanie Trinidadczyków są imponujace.

Dalej, w tym też czasie, aby lokalny kościół mógł sie rozwijać, oddali wszystkie swe kościoły i małe domy na własność diecezji. Podobnie postąpili z większością posiadanych przez nich nieruchomości.

Wtedy też irlandzcy dominikanie dostrzegli potrzebę istnienia lokalnego, diecezjalnego duchowieństwa. Założyli więc seminarium diecezjalne. I wszystkich, którzy zgłaszali się do zakonu, kierowali do seminarium. Poświęcili swoją przyszłość, by powstało lokalne duchowieństwo.

W latach sześćdziesiątych, gdy ich liczba zaczęła maleć, podjęli kolejną radykalnją decyzję. W tym czasie na Trinidadzie były spokojne, rozwinięte i wyedukowane stolica i jej okolice, natomiast reszta (większość) kraju caraz bardziej pogrążała się w anarchii i wszelkiego rodzaju deprawacji. Oddali więc wszystkie szkoły i parafie leżące w centrum Trinidadu (najspokojniejsze, najlepsze, najbogatsze) i rozproszyli się na prowincji, by proces ten powstrzymać.

Skutkiem tych decyzji jest to, że obecnie dominikanie na Trinidadzie nie posiadają wielkich nieruchomości i renomowanych szkół. Nie pracują w "najlepszych" parafiach, nie mają wielu lokalnych powołań. A przecież mieli to wszystko; ufundowali i zbudowali niemal wszystkie kościoły i szkoły, mieli cała władzę i rząd dusz na Trinidadzie. Ogołocili się całkowicie.

Można powiedzieć, że opisane tu decyzje były krótkowzroczne, nieprzemyślane, i straceńcze, a także podejmowane z domieszką rasizmu (nieprzyjmowanie do zakonu Trinidadczyków) i innymi ukrytymi motywami. Myślę jednak, że cechują się przede wszystkim rozumieniem swojego losu jako służby - całkowitego oddania się budowaniu lokalnego Kościoła i służeniu ludziom. A to jest szlachetne i imponujące.